My o Kapuścińskim
Hanna Krall
Ryszard Kapuściński wie wcześniej od innych. Są tacy ludzie: wcześniej wiedzą, co myśleć, gdzie być, co robić, a także - co jeszcze ważniejsze - czego robić nie należy. Takim człowiekiem jest na przykład Marek Edelman. Kiedy nie wiem, co myśleć - pytam Edelmana. Kiedy nie wiem, co robić - pytam Kapuścińskiego.
Nie mam pojęcia, skąd im się to bierze. Z organizmu? Z genów? Z ziemi? Z nieba?
Niewykluczone, że Kapuścińskiemu bierze się to z Pińska.
Wielu mędrców pochodziło z niewielkich, prowincjonalnych miast - z jakiegoś Królewca albo Bracławia. Podróżowali rzadko i niechętnie. Żyli w czasie bardziej niż w przestrzeni, a jeżeli w przestrzeni, to pionowej, między otchłaniami i niebem.
Kapuściński żyje w poziomej przestrzeni, bo kiedy opuścił Pińsk, jego życie stało się wędrowaniem.
Opuścił Pińsk wyposażony w pożyteczną wiedzę o tym, czym jest strach, bieda i głód. Dlatego - gdy przywędrował do głodnych, był u siebie, był w domu.
W świecie, w którym Kapuściński przebywa najchętniej i w którym najlepiej się czuje - człowiek walczy o przetrwanie. Nie udaje wtedy nikogo, jest prawdziwy, jest odsłonięty. Znam takich ludzi z moich własnych książek. I jak zagłada Żydów nie jest wewnątrzżydowską sprawą, tak Trzeci Świat nie jest sprawą wewnątrzafrykańską. To są wewnątrzludzkie sprawy.
Opisując je - z ciekawością, zdziwieniem, czasami ze zgrozą, a czasami z zachwytem - Kapuściński dociera do spraw globalnych. Z przyganą mówi o dziennikarzach szukających "story", pasjonujących fabuł. U niego nie ma story. Jest pojedynczość, która nie musi być pasjonująca. Ktoś urodził się, żył i umarł. Może go zabili. Może on zabił. Na szczęście zdążył przed śmiercią wyjawić Kapuścińskiemu, jakie plagi sprowadza na człowieka zły czarownik, albo jak umierają stare słonie. Następnie Kapuściński siada przed pojedynczą afrykańską chatą, z ogromnym skupieniem wpatruje się w ciemność nocy i widzi cały globalny, syntetyczny świat.
Mariusz Szczygieł
Miał wspaniałą umiejętność zmniejszania dystansu z poznanym właśnie ludźmi. Otwarty jak dziecko. Takiego sposobu bycia nie widziałem chyba u nikogo więcej. Był ciekawy taką ciekawością, że natychmiast każdy w jego towarzystwie czuł się ważny.
Potrafił być naiwny naiwnością chłopca, jakiej nie spodziewalibyśmy się po korespondencie wojennym. Chyba dzięki temu chłopcu w sobie umiał otworzyć się na świat. Dziecko nie ma żadnych uprzedzeń i podchodzi do zjawisk w sposób czysty. Żeby poznać świat, nie wyciąga ekierki. Przy dziecku nawet największy potwór zapomina, że jest groźny. Myślę, że ci, których spotykał na świecie, od razu orientowali się, z kim mają do czynienia. Tak dobre książki mogły powstać tylko dzięki dziecku.
I ani jednego złego zdania o kimkolwiek. Porcje miłych słów dla całego otoczenia. Tłumaczył to kiedyś naszemu znajomemu: wokół tyle chamstwa, że nie ma sensu produkować negatywnej energii. Dzwonił zawsze, co nas, młodych ludzi, wprowadzało w zakłopotanie, z podziękowaniem za każdy przyjazny wobec Niego, najmniejszy nawet, gest.
Wojciech Jagielski
Dwie godziny temu, kiedy rozmawiałem z Jego żoną, jeszcze żył. Ledwie miesiąc temu umawialiśmy się na spotkanie, na rozmowę o Afryce, z której właśnie wróciłem, a której On poświęcił połowę swojego życia. I o tej swojej podróży do Ugandy, Sudanu i Konga nie zdążyłem już mu opowiedzieć.
Raz zajęty był On, kiedy indziej ja poddawałem się niewoli innych zobowiązań. Umawialiśmy się na później. Tego bezmyślnego podporządkowania codziennemu zabieganiu nie daruję sobie nigdy. Nie miałem pojęcia, że zostało tak mało czasu. Nawet teraz nie mogę uwierzyć, że tacy ludzie odchodzą tak po prostu.
Kiedy po raz pierwszy spotkałem Kapuścińskiego, miałem 29 lat i stawiałem pierwsze kroki w dziennikarskim fachu. A dziennikarzem zostałem tylko dlatego, że był Kapuściński. Zapisując się na studia dziennikarskie, nie miałem pojęcia, na czym polega ten zawód, a kończąc je, byłem pewien jednego - mogę być każdym, tylko nie dziennikarzem. Chyba że dziennikarzem takim jak Kapuściński. Podróżnikiem, odkrywcą, świadkiem historii, człowiekiem, tak mi się wtedy zdawało, nieograniczenie wolnym.
Wojciech Tochman
Opuścił nas reporter największy z największych, człowiek, który kochał świat, kochał ludzi i rozumiał ich. Rozumiał pojedynczego człowieka spotkanego gdzieś na innej półkuli, człowieka innej kultury, innej religii. Rozumiał i szanował Innego. Inny mu ufał.
Reporterom był szczególnie bliski. Od niego uczyliśmy się. Jego książki czytaliśmy na okrągło („Cesarza” po raz pierwszy czytałem, kiedy byłem nastolatkiem), jego słuchaliśmy.
Rozumiał nas jak nikt inny. Wiedział jak bardzo jesteśmy w swojej pracy samotni. „Podróż reporterska wymaga samotności” – powtarzał. „Jedziesz gdzieś w świat, uganiasz się cały dzień, żyjesz w okropnym napięciu, potem wracasz do hotelu i jesteś samiutki, nie masz się z kim podzielić swymi myślami, wątpliwościami, przeżyciami.”
My nie byliśmy samotni. Bo był Ryszard Kapuściński: uśmiechnięty, otwarty, życzliwy. Po powrocie z reporterskiej podróży mogliśmy do niego zadzwonić, wpaść do pracowni na poddaszu. Zawsze, kiedy akurat nie był gdzieś daleko, miał dla nas czas i swoją uwagę. A przecież był niezwykle zajęty: pisał, wykładał na całym świecie, udzielał wywiadów mediom na wszystkich kontynentach. Ale przede wszystkim czytał. I tego nas nauczył: zanim o czymś napiszesz, staraj się przeczytać wszystko, co do tej pory o tym napisano.
Dzisiaj w nocy będę czytał Ryszarda Kapuścińskiego z wdzięcznością i z bólem.
Kraków, 23/24 stycznia 2007